Chodź. Usiądź dziś przy mnie poczęstuje Cię samotnością.
Otulimy się wspomnieniami i porozmawiamy o tym wszystkim co od lat w nas
siedzi. Niekontrolowane, szczere łzy prawdopodobnie znowu spłyną po naszych
policzkach. Może dopiero wtedy poczuje ulgę, może po tym znowu będę jak kiedyś.
Może przeniesiemy się razem w miejsca gdzie bywało lepiej. Niespostrzeżenie
wszystkie liście zmieniły kolor na nieznośnie zielony, wciągnięci w wir codziennych
spraw nie zwróciliśmy najprawdopodobniej na to uwagi. Wiosna dudni swoim
majestatem wszędzie. Nie pozwala przyzwyczaić się do temperatury. Wiatr powoli
hula za oknem przynosząc smutek, trąca wszystko co staje mu na drodze. Czerwcowa
pora dżdżysta. Okna połyskują w mieniących się kroplach deszczu a tętent strumieni
rozbija się o parapety.
Wszystko tak szybko ulatuje. Zdecydowanie za szybko. Czas
niesprawiedliwie przelatuje nam przez palce. Chciałbym się teraz zatrzymać. Dać
sobie chwilę.
Dzień minął. Kolejny mimo, że pierwszy tak podle smutny.
Stoję pod znakiem zapytania, deszcz kapie na czoło. Chaotycznie gubię się w
określeniach czy jest już źle, czy się pogorszyło, czy może jednak to tylko
wina masochistycznych, narastających myśli.
Dawno przestałem lubić samotne noce. Wszystko dziś wydaje
się tak strasznie nieosiągalne tak bardzo drażniące, że nawet sen nie przynosi
wymarzonego ukojenia. Jeżeli w ogóle zechce się pojawić. Nawet gdy po kilku
godzinach ciało przegnije w pościeli a umysł ucieknie w krainę morfeusza ja nadal czuje się nieobecny. Przerażająco
zmęczony. Tym wszystkim co otacza mnie po prawej jak i lewej stronie obojczyka.
Znów rozdrapane rany, które już dawno się zagoiły zaczęły
dziś krwawić. Nic nie sprzyja temu, żeby poczuć nieograniczający spokój.
Wyobraźnia jednak nie jest tak rozwinięta, żeby mogła poprowadzić mnie za rękę
z Tobą do miejsca w którym wszystkie troski miały minąć.
Dziś pozostaje mi tylko samotne czekanie na cud, że coś się
stanie i wyrwie mnie stąd wraz z Tobą nawet na błahy moment. Jeśli można tracić
siłę na nienawiść tracę ją każdego dnia, bo nienawidzę tak bardzo tego, że
jestem tutaj teraz w tym miejscu, w tym położeniu. Nienawidzę tego, że
spoglądam na Ciebie ukradkiem gdy Twoje głośne łzy tęsknoty i niezrozumienia
bez kontroli spływają po policzkach. Czuje, że codzienność zjada mnie całego,
przeżuwa i wypluwa zostawiając samemu sobie. Czuje, że stało się zbyt wiele
zła, którego nikt nie jest w stanie mi wytłumaczyć. Boję się o Ciebie każdej
nocy gdy kładę się, a obok nicość. Bez pola manewru, czas zostawia mnie strawionego
przez rzeczywistość i niesprawiedliwość dni. Powoli przyzwyczajam się do tego,
że nie zawsze świeci słońce, że nie zawsze jest uśmiech i nie zawsze jest chęć
dialogu. Czasem tak jak dziś chciało by się pomilczeć, zakopać i nie pamiętać
niczego. Tylko patrzeć mimo braku wiary to jednak z ogarniającym uczuciem, że
przecież gdzieś kiedyś wszyscy na siebie napotkamy.