1 cze 2016

0106

Chodź. Usiądź dziś przy mnie poczęstuje Cię samotnością. Otulimy się wspomnieniami i porozmawiamy o tym wszystkim co od lat w nas siedzi. Niekontrolowane, szczere łzy prawdopodobnie znowu spłyną po naszych policzkach. Może dopiero wtedy poczuje ulgę, może po tym znowu będę jak kiedyś. Może przeniesiemy się razem w miejsca gdzie bywało lepiej. Niespostrzeżenie wszystkie liście zmieniły kolor na nieznośnie zielony, wciągnięci w wir codziennych spraw nie zwróciliśmy najprawdopodobniej na to uwagi. Wiosna dudni swoim majestatem wszędzie. Nie pozwala przyzwyczaić się do temperatury. Wiatr powoli hula za oknem przynosząc smutek, trąca wszystko co staje mu na drodze. Czerwcowa pora dżdżysta. Okna połyskują w mieniących się kroplach deszczu a tętent strumieni rozbija się o parapety.

Wszystko tak szybko ulatuje. Zdecydowanie za szybko. Czas niesprawiedliwie przelatuje nam przez palce. Chciałbym się teraz zatrzymać. Dać sobie chwilę.
Dzień minął. Kolejny mimo, że pierwszy tak podle smutny. Stoję pod znakiem zapytania, deszcz kapie na czoło. Chaotycznie gubię się w określeniach czy jest już źle, czy się pogorszyło, czy może jednak to tylko wina masochistycznych, narastających myśli.
Dawno przestałem lubić samotne noce. Wszystko dziś wydaje się tak strasznie nieosiągalne tak bardzo drażniące, że nawet sen nie przynosi wymarzonego ukojenia. Jeżeli w ogóle zechce się pojawić. Nawet gdy po kilku godzinach ciało przegnije w pościeli a umysł ucieknie w krainę morfeusza  ja nadal czuje się nieobecny. Przerażająco zmęczony. Tym wszystkim co otacza mnie po prawej jak i lewej stronie obojczyka.
Znów rozdrapane rany, które już dawno się zagoiły zaczęły dziś krwawić. Nic nie sprzyja temu, żeby poczuć nieograniczający spokój. Wyobraźnia jednak nie jest tak rozwinięta, żeby mogła poprowadzić mnie za rękę z Tobą do miejsca w którym wszystkie troski miały minąć.


Dziś pozostaje mi tylko samotne czekanie na cud, że coś się stanie i wyrwie mnie stąd wraz z Tobą nawet na błahy moment. Jeśli można tracić siłę na nienawiść tracę ją każdego dnia, bo nienawidzę tak bardzo tego, że jestem tutaj teraz w tym miejscu, w tym położeniu. Nienawidzę tego, że spoglądam na Ciebie ukradkiem gdy Twoje głośne łzy tęsknoty i niezrozumienia bez kontroli spływają po policzkach. Czuje, że codzienność zjada mnie całego, przeżuwa i wypluwa zostawiając samemu sobie. Czuje, że stało się zbyt wiele zła, którego nikt nie jest w stanie mi wytłumaczyć. Boję się o Ciebie każdej nocy gdy kładę się, a obok nicość. Bez pola manewru, czas zostawia mnie strawionego przez rzeczywistość i niesprawiedliwość dni. Powoli przyzwyczajam się do tego, że nie zawsze świeci słońce, że nie zawsze jest uśmiech i nie zawsze jest chęć dialogu. Czasem tak jak dziś chciało by się pomilczeć, zakopać i nie pamiętać niczego. Tylko patrzeć mimo braku wiary to jednak z ogarniającym uczuciem, że przecież gdzieś kiedyś wszyscy na siebie napotkamy.