Prawdopodobnie gdy dziś przebijałem się pomiędzy nadpobudliwym wiatrem, twoje zaszklone oczy spoglądały ukradkiem w moją stronę. Obraz mógł rozczarować. W całodziennym rozgardiaszu trudno znaleźć ten moment, w którym nadzieja sama pojawia się w oczach.
Bez świadomie natrafiliśmy już na listopad, przypadkowo idąc jak co dzień tą samą drogą. W momencie gdy z przerośniętych zaniedbanych kasztanowców, spadały w pewien schematyczny już rytm, nadzwyczajne liście. Spostrzegłem tą chwilę, która mimo, że dotychczas była mi nie znana przypominała coś co już kiedyś miało lub chociaż mogło mieć miejsce. Może tylko w wybujałej wyobraźni a może kiedyś już o niej wspominałem...
Kolejny raz mijałem zziębniętą ławkę otuloną przez pozbawionego problemów człowieka. Mimo, że przez niekomfortowy chłód moje dłonie kostniały, na niego wydawał się kompletnie nie wpływać.
Niezakodowany sen wdarł się w rutynową codzienność a odór stał się częścią składu powietrza, którym oddychał.
Dalej zresztą jak prawie zawsze... Posępne spojrzenie osoby, która chciała by pozostać niewidzialna, by bez wysiłku móc zniknąć z pola widzenia osób, które już na zawsze będą starały się niezauważalnie choć na moment zawiesić swe pogardliwe spojrzenie.
Właściwie to tylko stek domysłów i spostrzeżeń, który często towarzyszą mimowolnie, bym nie zabłądził podczas samotnych tułaczek. Ale może to właśnie jest prawda, może swobodna interpretacja wyrzeźbionych emocji pozwala ułożyć cokolwiek z tego co nazywane jest niczym.
Kilka następnych momentów właściwie nie ukradły mojej uwagi. Prawdopodobnie właśnie wtedy pogrążałem się w tym co spadło na mnie rankiem powodując nieprzyjemne zderzenie z teraźniejszością, do którego chyba nigdy nie będę wstanie przywyknąć.
Nie potrafimy spać gdy nie śnimy, nie chcemy próbować spać gdy wiemy, że jedyne co nam się ukaże to znowu ten przygnębiający koszmar. Wtedy właśnie tak było.
W całkowitej pustce przebłyskiwało najwcześniejsze światło a ja poczułem jak melancholia odbija się jak echo w opuszczonym pokoju. Powoli wdzierała się bez zapowiedzi niszcząc każdą najmniejszą strukturę spokoju. Może zbyt wcześnie słyszałem, że jest już dobrze, może zbyt bardzo uwierzyłem w coś co wydawało się tak banalnie łatwe, a może zbyt daleko szukam winnych...
Ostatnie kroki doprowadziły mnie do miejsca gdzie lampy przestały zaślepiać oczy. W oddali pomiędzy, zeschniętymi bezbarwnymi polami, odbijał się biały błysk zwiastujący, że kolejny raz dzień umknął nim zdążyłem poczuć, że już włączono play. W oddali słychać było czasem dziwne niewyjaśnione dźwięki, na których nie miałem już siły się skupić. Przejechało auto zabijając cisze i ciemność. Rozświetliło podniszczoną drogą otoczoną modyfikowaną dziką naturą, pośród której
majestatyczne drzewa kołysały odprowadzając pod same drzwi domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz