Skupiam się na bezsensie i paradoksie dnia. Dnia przypadkowego, dnia marcowego. Słyszę codzienność. Dźwięki przyśpieszonych kroków dudnią o posadzki. Przypatruje się z uwagą. Podniszczone obcasy wyginające się na niewyrównanych chodnikach i nieznośny stukot gubiącego się trybu życia. Detal goni detal. Kolorowe niewytrzymałe jednorazówki obijające się o nogi właścicieli. Godzina szczytu powoli ogarnęła wszystkich doprowadzając wszystko co możliwe do nieprzyzwoitego stanu. Duszność mimo wiosennego chłodu.
Zabiegane miasto, zabiegani ludzie mijający się bez emocjonalnie nawzajem. Przejeżdżające samochody rozdmuchują z impetem cały uliczny syf. Monotonia napotykana wszędzie, na każdym nawet najmniejszym kroku. Wpisana stale w cykl dnia, każdej osoby, która mam nieprzyjemność mijać. Nikt zapewne nie zauważył, że wiosna już przyszła. Nikt nie napawa się pierwszymi ciepłymi kosmykami słońca. Wszyscy nadal zmarznięci, nadal otuleni ciepłymi wełnianymi szalami. Każdy z nich paradoksalnie odizolowany od codzienności świata, która zdaje się tylko mnie jeszcze zachwycać.
Początek wiosny do innych stał się niepodobny. Nie trwałem w bezdechu wyczekując momentu w którym od zaraz, wszystko miało zacząć zmieniać się na lepsze. Nie potrzebna już wyimaginowana granica pomiędzy nieszczęśliwą połową roku, a tą która zawsze przynosi coś dobrego. Pierwszy raz odmówiłem sobie skatowania ,, Viva la Vida,, która przecież zawsze była częścią mojej wiosny. Gruby mur chandry nie runął wraz z pierwszym blaskiem ciepłego promienia słońca. Świeżość nowość i odrodzenie pojawiło się znacznie wcześniej. Serce odżyło a może nawet urodziło się na nowo już jakiś czas temu. Od tamtego czasu wszystko uległo zmianie. Już nie pamiętam jak smakuje jesień. Tkwię w wirze endorfin. Przeplatam się pomiędzy drapiącymi myśli wspomnieniami a jawą, która i tak sprowadza mnie myślami w miejsca, w których chciałbym być już na zawsze.
I znowu trafiam do chwil, w których nie znoszę przebywać a mimo to natrafiam na nie każdego dnia. Przymus, który wkradł się w plan mojego niezaplanowanego dnia.
Siadam na niezadbanej ławce z dala od wszystkich. Próba wyłączenia się i pozbawienia nadmiernej interpretacji wszelakiej egzystencji. Widać pierwsze pączki na drzewach. Na ziemi jeszcze kilka przegniłych liści i trawa w zaspanych kolorach. Przemęczony świat budzi się do życia. Siedzę i wyczekuję sam do końca nie wiem czego. Wiem już, że i tak nie dostanę tego czego potrzebuje.
Wdycham świeżość, wypełniam się nią cały. Trafia w mój krwiobieg rozprzestrzenia się w każdym milimetrze ciała. Czuję, że żyję. Czuję, że znikam, że nikogo już obok niema.
Wokół tylko te przepełnione kwiaciarnie, zastawione neonowymi, nieznośnymi dla oczu, barwami wszelakich kwiatów. Przyroda w doniczce idealnie dopasowana do świata, który zapomniał już, że wiosna jest tuż obok niego, nie tylko w kwiaciarni za rogiem, przez cały rok...
Łatwość kupowania stanów jest czymś zbyt powszechnym, czymś zbyt banalnym i łatwym. Koszt zapachowej świeczki, która w grudniu tworzy nasza świąteczną atmosferę, czy koszt za przejrzałe kwiaty, które mają uczynić w nas wiosnę jest zupełnie niczym, niczym trudnym, niczym wymagającym. Przecież możemy mieć wszystko, nie mając tak na prawdę nic.
Siedzę dalej nadal wytrwale czekam i teraz już myślę o tym jak dużo posiadam. Jak paradoksalnie mało mam, mając już wszystko o czym zawsze marzyłem.