Dziś prawie kończy się maj a wraz z nim kończy się,dla pewnej bardzo ważnej osoby dla mnie, pewien etap w życiu. Żadna ilości słów nie wyrazi smutku i współczucia,
które obecnie wypełnia moje serce …
Nie minęła zima, nie rozpoczęła się wiosna jesień trwała
zbyt długo. Obumarło wszystko i nic co znane się nie odrodziło. Melancholia
stała się składem tlenu a słońce nigdy nie było tak nieobecne. Smutek zaglądał
z każdego zakątka a porozrzucane nieprzypadkowe rzeczy sprawiały, że tęsknota
uniemożliwiała dalszej egzystencji. Sen spędzony z powiek i niekończące się
znużenie. Najprościej opisane ostatnie kilka miesięcy przemijania.
Wyjechać. Wyjechać i porzucić wszystko. Wyrwać swoje
wrośnięte korzenie z dobrze znanego już życia. Przesadzić swoją duszę w
miejsce, w którym jeszcze nas nie było. W którym możemy stać się kimś nowym.
Zatracić się w nowych wschodach słońca. Odżywiać nowym nietoksycznym
powietrzem. Kosztować i próbować nowego nieznanego i zakazanego. Wpaść w wir
spontaniczności rozkładając ramiona ku losowi.
Spojrzeć otwarcie w swoje zmęczone oczy. Odpowiedzieć na
pytania, na które zawsze brakowało nam odwagi.
W nowych miejscach mamy tą piękną i niepowtarzalną możliwość
porzucenia swojego dotychczasowego przerośniętego balastu. W skrajnych
wiosennych przypadkach możemy zorganizować pogrzeb swojego nieszczęśliwego
zgnitego serca. Wychodzimy z niekomfortowego kokonu melancholii, porzucamy go
na szaro brunatnym górzystym wybrzeżu a rozwścieczone fale, rozbijają go na miliony
nic nieważnych drobinek.
Słońce spieka nasze blade policzka a w organizmie pojawia
się zabójcza dawka endorfin, z którą z początku nie potrafimy sobie poradzić.
W takich miejscach zdajesz sobie sprawę jak niewiele
wystarczy do szczęścia. Jak niewiele zależy od tych wszystkich współczesnych rekwizytów
obok nas, jak mało znaczą przypadkowi statyści w naszym codziennym życiu. Jeśli
istnieje jakakolwiek recepta na szczęście to szczęściem zdecydowanie jest
spokój. Wszechogarniający spokój duszy i ciała. Symbioza pomiędzy sercem a
mózgiem. Żadnych domowych wojen pomiędzy ośrodkami czucia.
Dobrowolne oddanie się chwilą. Zapisywanie obrazów wraz ze wszystkimi
zmysłami. Rejestrowaniem momentów, gdy atramentowe morze styka się z złocistym
piaskiem.
W nowych miejscach możemy spojrzeć na wszystko inaczej.
Pogodzić się z przeciwnościami, które rzucane są pod nasze nogi w miejscach, w
których zwykliśmy przeżywać nasze życie. Wszystko zależy od nas jak wiele
potrafimy znieść i jak dużo sobie przetłumaczyć. Czy potrafimy stawić czoło tak
przyziemnym, ludzkim i oczywistym sytuacją, które spotykały każdego i napotkają
każdego z nas. Czy zdobędziemy się na umiejętność bezpowrotnego pożegnania.
Po powrocie już nigdy nic nie będzie takie samo. Pamiętne
słonce zawsze pojawi się w przykrych momentach a wspomnienia rozświetlą
zamroczoną rzeczywistość. Po powrocie odwaga i chęć życia sprawia, że zaczynamy
robić coś czego nigdy wcześniej dobrowolnie byśmy się nie podjęli. Choć
wracając znowu zakorzeniamy się i stajemy się z pozoru tą samą osobą. Nasze
wnętrze na zawsze pozostanie odmienione do czasu, aż ponownie wpije się w nas
pasożytnicza melancholia, która raz zakosztowana nigdy nie pozostawi nas bez zgorzkniałego smaku.