18 wrz 2016

Sen

Spowite w snach nieprzejrzyste już ciało. Dusi się znów w źle przybranej pozie. Męczący sen pełen niejasności. Zdrętwiałe palce ściskają wymięte prześcieradło. Pewien ciężar w okolicy klatki piersiowej. I wciąż ten sen. Kolejny raz pojawia się, jak za mgłą.
Gdy ciało to biegnie, nieustannie w pogoni za zrozumieniem. Spogląda wciąż za siebie. Potyka się i rozdziera naskórek. Rujnuje się, próbując dogonić swoją oderwaną część. Wciąż szuka w zakamarkach ulic swojego życia. Gdzie jest sens, który gdzieś się stracił.
Ciało w gonitwie za duszą. Zaprzedaną, chaotycznie zdemolowaną. Czuć przez sen zadyszkę, skurczę łapią za nabrzmiałą łydkę. Ciało choć teraz nieżywe, gniecie się, ściska i demoluje nocny porządek. Zamknięte oczy , błądząc pod powiekami, chcą móc ukradkiem spoglądać. W śnie szukają wiatru, który może przywiałby odrobinę rozsądku.
Tak owe ciało zaklęte w śnie, nagle a właściwie ponownie trafia do samochodu. Próbuje ruszyć, znaleźć swoją drogę. Idiotycznie i niewytłumaczalnie gubi się na dziecinnej trasie. Przenosząc się do dzieciństwa, nie odnajduje młodzieńczego spokoju. Dusi się i krztusi, bez opamiętania łapiąc toksyczne spaliny. Przegląda stare alejki, wypatruje znajomych twarzy. Próżno szukać, próżno jest mu dziś marzyć.
Nie ruszy, nie trafi i być może nigdy stąd nie odjedzie. Zawsze gdy zwątpi trafi ponownie, pod ten sam adres. Do miejsca w, którym nie poznał siebie. Do miejsca w, którym nie potrafił sam z sobą żyć. Gdy sen ciało zmorzy, gdy ciało będzie mentalnie umierało, nie trafi mu się jasna podpowiedź. Los kpi, los przyjaźni się z przeszłością, pije z nim wódkę i ironicznie się śmieje. Dziś tylko przyszłość w kącie siedzi. Szalona wciąż nieokiełznana, niejasna. Infantylne przysposobienie i ciągła zabawa w chowanego. Taka ponoć jest ona.
Jeśli ciało tej nocy nie odjedzie, być może nigdy już nie trafi na spotkanie z wybujałą przyszłością. Co jeśli ona jednak nie istnieje?
Może to wszystko to pijacki majaczenie losu z przeszłością. Przeszłości wraz z losem.
Samochód ruszył, ciało aż drgnęło. Wyprostowały się ręce. Twarz przybrała już kształt poduszki. Dziwnie dziś krąży wokół własnej osi, choć …  przestaje już szukać.
Pośpiesznie wraz z kropelkami potu przedziera się przez mgły. Nieznane dotąd drogi. Pełno tu niejasności, pełen brak swobody.
Sen błądzi wraz z ciałem. Posłusznie dobrani choć skrajnie niedopasowani. Czas się kurczy, zostały dwie godziny. Metalowy ptak, planowy odlot, start w strugach deszczu. Znowu ta biała jak mleko mgła. Coś prowadzi pojazd, coś prowadzi przeźroczyste ciało. Ktoś mówi, ktoś spogląda, mija, przedłuża, denerwująco przeciąga. Czas leci nieubłagalnie. Nie zdąży ciało na podróż. Nim wzleci już spanie.
I znów trafia do miejsca znanego. Dziewiczo białego, przestronnego i opuszczonego. Ostatni przystanek, w którym mogłoby przemyśleć już wszystko. Los się upił a przeszłość zasnęła. Bez wsparcia, bez problemów. Im mniej ich, tym więcej pozostaje w cieniu. Zawieruszyły się gdzieś deklamowane idee. Bezdech i bolące zwątpienie. Gęste krople deszczu lub ciała potu. Oczywiście wiadomo, nic dziś nie jest oczywiste. Szarpanina i bijatyka. Skąd pewność czy ciało powinno przystąpić do dzisiejszego lotu?
Zwątpiło? Zawahało się? Może samo znów nie wie czego chce. Jeśli przyszłość nie istnieje, nie ujrzy jej tej nocy, podczas inauguracyjnego lotu.
Cisza. Nieprzyjemna głośna cisza. Zdemolowane łóżko, zdemolowana głowa. Przerwana muzyka i deszczowa, jesienna pogoda. Noc się kończy, sen kruszeje.
Ciało zostało. Ciało dziś nie odleciało. Nie zwątpiło ( a może? ). Nie oszalało (a może?).  

Obudziło się wygięte, w pół złamane. Oczy rankiem były zapłakane. Ciężar z mostka nie zszedł o świcie a tętent kroków głucho dudnił po białym suficie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz