Spowite w snach nieprzejrzyste już ciało. Dusi się znów w
źle przybranej pozie. Męczący sen pełen niejasności. Zdrętwiałe palce ściskają
wymięte prześcieradło. Pewien ciężar w okolicy klatki piersiowej. I wciąż ten
sen. Kolejny raz pojawia się, jak za mgłą.
Gdy ciało to biegnie, nieustannie w pogoni za zrozumieniem.
Spogląda wciąż za siebie. Potyka się i rozdziera naskórek. Rujnuje się,
próbując dogonić swoją oderwaną część. Wciąż szuka w zakamarkach ulic swojego
życia. Gdzie jest sens, który gdzieś się stracił.
Ciało w gonitwie za duszą. Zaprzedaną, chaotycznie
zdemolowaną. Czuć przez sen zadyszkę, skurczę łapią za nabrzmiałą łydkę. Ciało
choć teraz nieżywe, gniecie się, ściska i demoluje nocny porządek. Zamknięte
oczy , błądząc pod powiekami, chcą móc ukradkiem spoglądać. W śnie szukają
wiatru, który może przywiałby odrobinę rozsądku.
Tak owe ciało zaklęte w śnie, nagle a właściwie ponownie
trafia do samochodu. Próbuje ruszyć, znaleźć swoją drogę. Idiotycznie i
niewytłumaczalnie gubi się na dziecinnej trasie. Przenosząc się do dzieciństwa,
nie odnajduje młodzieńczego spokoju. Dusi się i krztusi, bez opamiętania łapiąc
toksyczne spaliny. Przegląda stare alejki, wypatruje znajomych twarzy. Próżno
szukać, próżno jest mu dziś marzyć.
Nie ruszy, nie trafi i być może nigdy stąd nie odjedzie.
Zawsze gdy zwątpi trafi ponownie, pod ten sam adres. Do miejsca w, którym nie
poznał siebie. Do miejsca w, którym nie potrafił sam z sobą żyć. Gdy sen ciało
zmorzy, gdy ciało będzie mentalnie umierało, nie trafi mu się jasna podpowiedź.
Los kpi, los przyjaźni się z przeszłością, pije z nim wódkę i ironicznie się
śmieje. Dziś tylko przyszłość w kącie siedzi. Szalona wciąż nieokiełznana,
niejasna. Infantylne przysposobienie i ciągła zabawa w chowanego. Taka ponoć
jest ona.
Jeśli ciało tej nocy nie odjedzie, być może nigdy już nie
trafi na spotkanie z wybujałą przyszłością. Co jeśli ona jednak nie istnieje?
Może to wszystko to pijacki majaczenie losu z przeszłością.
Przeszłości wraz z losem.
Samochód ruszył, ciało aż drgnęło. Wyprostowały się ręce.
Twarz przybrała już kształt poduszki. Dziwnie dziś krąży wokół własnej osi,
choć … przestaje już szukać.
Pośpiesznie wraz z kropelkami potu przedziera się przez
mgły. Nieznane dotąd drogi. Pełno tu niejasności, pełen brak swobody.
Sen błądzi wraz z ciałem. Posłusznie dobrani choć skrajnie
niedopasowani. Czas się kurczy, zostały dwie godziny. Metalowy ptak, planowy
odlot, start w strugach deszczu. Znowu ta biała jak mleko mgła. Coś prowadzi
pojazd, coś prowadzi przeźroczyste ciało. Ktoś mówi, ktoś spogląda, mija,
przedłuża, denerwująco przeciąga. Czas leci nieubłagalnie. Nie zdąży ciało na
podróż. Nim wzleci już spanie.
I znów trafia do miejsca znanego. Dziewiczo białego,
przestronnego i opuszczonego. Ostatni przystanek, w którym mogłoby przemyśleć
już wszystko. Los się upił a przeszłość zasnęła. Bez wsparcia, bez problemów.
Im mniej ich, tym więcej pozostaje w cieniu. Zawieruszyły się gdzieś
deklamowane idee. Bezdech i bolące zwątpienie. Gęste krople deszczu lub ciała
potu. Oczywiście wiadomo, nic dziś nie jest oczywiste. Szarpanina i bijatyka.
Skąd pewność czy ciało powinno przystąpić do dzisiejszego lotu?
Zwątpiło? Zawahało się? Może samo znów nie wie czego chce.
Jeśli przyszłość nie istnieje, nie ujrzy jej tej nocy, podczas inauguracyjnego lotu.
Cisza. Nieprzyjemna głośna cisza. Zdemolowane łóżko,
zdemolowana głowa. Przerwana muzyka i deszczowa, jesienna pogoda. Noc się
kończy, sen kruszeje.
Ciało zostało. Ciało dziś nie odleciało. Nie zwątpiło ( a
może? ). Nie oszalało (a może?).
Obudziło się wygięte, w pół złamane. Oczy rankiem były
zapłakane. Ciężar z mostka nie zszedł o świcie a tętent kroków głucho dudnił po
białym suficie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz