Ostatnie sierpniowe noce zwiastują kres wakacyjnych dni.
Jesień potajemnie przedostaje się w skład naszego powietrza. Zielone jeszcze
liście powoli zaczynają obumierać. Zmieniają chlorofil na przeżółkłe
szarobrunatne barwy. Gęste powietrze stale wyczekuje burzy. Grzmotu i obrotu
sytuacji. Radykalnego trzęsienia ziemi. Czegokolwiek co mogłoby zmienić obecną
aurę.
Zmiany nadejdą nim spadnie pierwszy liść z ulicznej brzozy. Zanim
wszystkie przebrzydłe ptaki zdążą wylecieć za morze. Zmiany, które są znane
przez nas wszystkich. Schowamy swoje przemęczone ciało w długich ciemnych
płaszczach. Szyje i wysuszone usta zawiniemy w wełniane szale. Przestaniemy ze
sobą rozmawiać. Zakopiemy się w stercie przegniłego świata. Ponownie jak co
roku zaczniemy umierać. Gonić świty i zachody zza szklanych niedomytych okien.
Odejdą w niepamięć rześkie poranki i niekończące się ciepłe
noce. Noce przepełnione dymem. Nagromadzone niepoliczalną ilością słów.
Melancholia zwęszy nasze podupadłe umysły. Niespokojny sen
wedrze się w codzienność i stanie się jedyną odskocznią. Jedynym realnym
pragnieniem.
Tęsknota zdławi nas do cna. Każdego następnego dnia będziemy
jeszcze bardziej wspominać. Coraz to bardziej doceniać i rozczulać się nad
sobą.
Kolejny raz odpalimy pesymistyczną playlistę i stwierdzimy,
że nasze dalsze poczynania są pozbawione jakiegokolwiek większego sensu.
Zatracimy się we własnej tożsamości. Przejdziemy półnadzy
ulicą, odarci z resztek rozsądku. Szalenie zaczniemy łapać deszcz na język z
nadzieją, że spijemy choć namiastkę bóstwa na, które i tak nikt z nas nie
zasłużył. Czyściutkie sumienie przypomni nam o naszych mankamentach i
popełnionych błędach. Opalenizna zbladnie a myśli w zastraszającym tempie zaczną
narastać.
Choć to zaledwie kila miesięcy. Są to najtrudniejsze
miesiące, które pozbawiają wszystkiego. Zaczynając od wybrzmiałych emocji
kończąc na metaforycznej egzystencji.
Pierwsze dni ciszy wyczekują już za rogiem. Nieoczywiste doświadczenie
przepowiada złe przerysowane scenariusze. Cisza i samotność. Stan niepodważalny
i gryzący smak wina. Nieodespana tęsknota i wszechogarniający lęk przed jutrem.
Jutrem, które będzie dokładnie takie samo jak dziś. Pozbawione radykalnych
zmian. Nadal zbyt daleko, nadal zbyt nieosiągalnie. Tutaj
Bez perspektyw i pomysłu na kolejny następny poranek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz