24 maj 2015

MAJ


Po szybkim niespodziewanym zatonięciu w topniejącym styczniowym śniegu. Doczekaliśmy się pierwszych dni wiosny.W swojej całej urodziwej,zielonej naturze pojawiamy od czasu do czasu tylko ja i ty. Z pełną świadomością oddałem wszystkie swoje myśli, oddechy, westchnięcia i spojrzenia. Poczłem zachwyt nad wszystkim. Lecz jak nigdy wraz z tym znikąd we mnie urodziła się nieumiejętność sklecania zdań i przelewanie ich na papier.Banalność przeciętnych chwil, zjawisk i obrazów, nagle zaczęła bywać czymś niemożliwie niesamowitym. Dźwięk kwitnącej wiosny i rozgłos budzącego się świata, każdego najwcześniejszego poranku. Umierającej nocą półkuli i mknącego pociągu nieopodal domu. Chłodnego powiewu przez uchylone okno i niezupełnie samotne noce w wygniecionej przegrzanej pościli.Niezbyt duże liczydło w rozszalałej głowie i przesuwające się po nim koraliki tęsknoty jeden za drugim, każdego następnego ranka. Wytyczające chwile do następnego momentu, gdy banalność i zwyczajność przestaje mieć najmniejsze znaczenie, a balast dnia codziennego zrzucany jest w momencie zamknięcia za sobą drzwi. Symbolicznie wyjście z bagna, w którym grzęznę po kolana.
Maj niczym rozdygotana emocjonalna parabola. Przemija w biegu pomiędzy skrajnościami całkowitego osłupiającego szczęścia, które nawet najbardziej wyszukane słowa nie potrafiłyby opisać, a zanim wleczące się momenty kompletnego wewnętrznego upodlenia. Chwil zakłopotania, załamania i uczuć, które obezwładniają całe ciało, serce i umysł. Majowy czas pierwszy raz stał się czymś najmniej pewnym w roku. Bez rozkwitł i chwile potem już zaczął przekwitać. Zachłysnąłem się w objęciach i mieniących promieniach słońca, pierwszych majowych dni i nagle obudziłem się dziś. W ciszy, ciemności z świadomością dokonania czegoś o czym zawsze marzyłem. Pokonanie swoich leków i złapanie własnego życia w pewne i stanowcze ryzy. Mimo to odetchnięcie klarowało się zbyt chyba długo.
Krótka chwila przestawiła uporządkowany już zbytnio wyidealizowany świat. Przyzwyczajenie do błogiego ulatującego egzystowania, zetknęło się z najważniejszym i najtrudniejszym czasem jaki pojawił się w bieżącym roku. Po cichu wtargnęła melancholia. Tak dawno zapomniana, w towarzystwie smutku i bezsilności zakuła w najbardziej czuły i nigdy niezregenerowany punkt.
Jednak mimo całej niepewności stanu emocjonalnego, jednego nigdy nie przestanę być pewny. Szczęście, które rozprzestrzeniło się z małego nigdy wcześniej niezamieszkałego organu, umieszczonego z lewej strony, pomiędzy nierzadko wystającymi żebrami, rozrosło się wewnątrz i na zewnątrz każdego centymetra mego ciała. Zakwitło szybko i niespodziewanie niczym leśne konwalie przedzierające się rok w rok przez warstwę ohydnej ściółki. Oplatając wszystko co istnieje w małe niewinne białe dzwoneczki kwiatów.
Na wielką tęsknotę, w momentach powątpiewania w wymarzony spokój nagle pojawia się dusza, która swoim spokojem potrafi ukoić rozniszczonego mnie. Uprowadzając z dala od teraźniejszej frustracji pozwala posmakować spokoju, gdy dwoje oczu spotyka się na swojej drodze i wtedy nawet słowo nie jest koniecznością. A gest potrafi wyrazić więcej niż niejedna wyuczona, marnie sklejona litania, wykrzykiwana przez ograniczone społeczeństwo, której dźwięk unosi się pośród zielonych brzózek.
I pomimo całego nie wierszu przepełnionego melancholią, już jutro rano obudzę się z myślą, że zanurkowanie w najgłębszej z wód była najlepszą decyzją jaką mogłem podjąć ... Przecież nadal razem toniemy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz