27 sie 2016

9

Ostatnie sierpniowe noce zwiastują kres wakacyjnych dni. Jesień potajemnie przedostaje się w skład naszego powietrza. Zielone jeszcze liście powoli zaczynają obumierać. Zmieniają chlorofil na przeżółkłe szarobrunatne barwy. Gęste powietrze stale wyczekuje burzy. Grzmotu i obrotu sytuacji. Radykalnego trzęsienia ziemi. Czegokolwiek co mogłoby zmienić obecną aurę.
Zmiany nadejdą nim spadnie pierwszy liść z ulicznej brzozy. Zanim wszystkie przebrzydłe ptaki zdążą wylecieć za morze. Zmiany, które są znane przez nas wszystkich. Schowamy swoje przemęczone ciało w długich ciemnych płaszczach. Szyje i wysuszone usta zawiniemy w wełniane szale. Przestaniemy ze sobą rozmawiać. Zakopiemy się w stercie przegniłego świata. Ponownie jak co roku zaczniemy umierać. Gonić świty i zachody zza szklanych niedomytych okien.
Odejdą w niepamięć rześkie poranki i niekończące się ciepłe noce. Noce przepełnione dymem. Nagromadzone niepoliczalną ilością słów. 
Melancholia zwęszy nasze podupadłe umysły. Niespokojny sen wedrze się w codzienność i stanie się jedyną odskocznią. Jedynym realnym pragnieniem.
Tęsknota zdławi nas do cna. Każdego następnego dnia będziemy jeszcze bardziej wspominać. Coraz to bardziej doceniać i rozczulać się nad sobą.
Kolejny raz odpalimy pesymistyczną playlistę i stwierdzimy, że nasze dalsze poczynania są pozbawione jakiegokolwiek większego sensu.
Zatracimy się we własnej tożsamości. Przejdziemy półnadzy ulicą, odarci z resztek rozsądku. Szalenie zaczniemy łapać deszcz na język z nadzieją, że spijemy choć namiastkę bóstwa na, które i tak nikt z nas nie zasłużył. Czyściutkie sumienie przypomni nam o naszych mankamentach i popełnionych błędach. Opalenizna zbladnie a myśli w zastraszającym tempie zaczną narastać.
Choć to zaledwie kila miesięcy. Są to najtrudniejsze miesiące, które pozbawiają wszystkiego. Zaczynając od wybrzmiałych emocji kończąc na metaforycznej egzystencji.
Pierwsze dni ciszy wyczekują już za rogiem. Nieoczywiste doświadczenie przepowiada złe przerysowane scenariusze. Cisza i samotność. Stan niepodważalny i gryzący smak wina. Nieodespana tęsknota i wszechogarniający lęk przed jutrem. Jutrem, które będzie dokładnie takie samo jak dziś. Pozbawione radykalnych zmian. Nadal zbyt daleko, nadal zbyt nieosiągalnie. Tutaj

Bez perspektyw i pomysłu na kolejny następny poranek. 

25 sie 2016

22.22

Niepokojąco szybko odnalazłem siebie w tym wszechogarniającym bałaganie. Mimo pędzącego, stałego pogrążania się w objęcia uczuć. Bez opamiętania dobrowolnie doprowadzam do tego stanu. Rozkładam dłonie i przyjaźnie witam się z nieznanym.  Kolejna noc, która rozpoczyna się tęsknotą. Kolejna, która zakończy się nietrzeźwymi myślami. Zwykliśmy już zakłócać swoje myśli, rozstrajać swoje postanowienia.  Nie krytykujmy.

Dopiero dziś gdy kończy się lato, które niepostrzeżenie minęło nam na łapaniu najpiękniejszych chwil. Dopiero dziś można zacząć myśleć o konsekwencjach wyboru. Wpatrywaniu się w oczy i słuchania tylu słów. Tego wszystkiego co działo się w didaskaliach codzienności. Dziś właśnie dziś. Droga mleczna na skos od skroni. Mimo odległości. Tak blisko siebie. Nie zaprzeczysz, też ją widzisz.

Zimne noce to początki wczesnej jesieni. Dziś jesień ma swój nieoczekiwany debiut. Mimo zwiastujących pierwszych zapachów w stolicy małopolski.
Zaskoczenie towarzyszy jak co roku. Rozczarowanie zdziera uśmiech i pozostawia w oparach dymu. Inauguracja nowego etapu czeka za drzwiami. Idiotycznie udając, że kompletnie jej się nie śpieszy. Wszystko to zmieszane atakuje z każdej strony.
Gwiazdy mienią się w przeźroczystej szklance. Nocny chłód kostnieje palce.


Zimna pościel i zbyt duże łóżko. Niespokojny oddech i niespokojne sny. Niezadawalające odbicie o poranku. Niepotrzebny mi początek dnia, gdy zaczynam go sam.