11 paź 2015

1110


Czasem zbioru słów rozmieszczonych w głowie nie da się przelać, w bardziej czy mnie realny sposób, na zdania, które przyniosłyby jakąkolwiek upragnioną ulgę.
Czasem tłuką się w nas przez bardzo długi czas. Podrażniając całe nasze wnętrze. Zabierając cały nasz spokój. Dręczą uniemożliwiając krzyk, którego tak bardzo chcemy się wyzbyć. Zdeterminowane tłamszą się w każdym z nas, aż w końcu ulatują lecz nie przynoszą pożądanego wytchnienia.
Jesień ach to Ty . Wybacz nie tęskniłem.

Jeśli posiadamy czasem umiejętność odtworzenia danej chwili poprzez nasze wspomnienia a w nich muzykę, rzecz, drobiazg , miejsca, znaki, zapachy, smaki, zapamiętane dialogi. Dlaczego brak w nas umiejętności w odnalezieniu tego fragmentu życia od, którego wszystko zaczęło wydawać się bardziej niż skomplikowane.
Może potrafilibyśmy obrócić to wszystko tak, aby już nigdy dni pełne smutków nie nadchodziły. Choć może to tylko i wyłącznie nieumiejętność odbierania ironicznego życia, które jest niczym innym jak emocjonalna rozchwiana parabola.

20 lip 2015

IV



Pół roku temu gdy mróz ścinał, wiatr zacinał a świat stawał się momentami biały, by potem znowu przeistoczyć się w szarobure późnojesienne aury. Szuraliśmy przemoczonymi butami po topniejącym lądzie, tułając się potencjalnie bez celu w swoim towarzystwie. Odpalając papierosa za papierosem, zaciągaliśmy się wraz z chłodnym powietrzem, by uciec na trzy minuty od tego jak nieciekawie potrafi być. Gdy najprawdopodobniej nagle z wszelakiej nicości, błahej życiowej monotonii. Z pomiędzy najtrudniejszych i zdecydowanie najbardziej beznadziejnych dni w roku. Pełnych corocznych jesiennych melancholijnych smutków. Całkowicie niespodziewanie pojawiały się momenty, które z dokładnością zapisały się dziś w głębi serca. Gdy uśmiech i wewnętrzne skrępowanie walczyło z narastającym poruszeniem. Jak gdyby działo się to tuż przed chwilą. Jakby tuż przed chwilą rozpoczynała się droga, która o wszelakich porach dnia prowadziła i nadal prowadzi do szczęścia. Często nienamacalnego, nieoczywistego i niestety równie często nierozumianego prze tak wiele osób ... Niemniej jednak naszego szczęścia na które zasługuje każdy na tym świecie... 

Możliwość świadomego szczerego przyznania, że szczęście nie jest żadną materialną pierdoła nie pojawia się od tak. Przez wiele upływających parabolicznych lat pojęcie szczęścia, radości, zadowolenia i spełnienia wykreowało się na coś na prawdę wyjątkowego. Szczęście jest czymś całkowicie niebanalnym. Czymś co można poczuć tylko w momentach gdy nagle rzeczywistość przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Czas staje, świat się zatrzymuje i liczy się tylko to, że można z kimś spleść swe zziębnięte dłonie. Wtulić się, gdy uporczywość dnia codziennego przyprawia nas o mdłości. Roześmiać się w głos, nie być wiecznie poważnym i wiecznie idealnym. Gdy wstyd przestaje paraliżować a poznawane i odkrywane słabości, kompleksów i lęków stają się czymś niewytłumaczalnie najpiękniejszym na świecie. Czasem brak właściwych słów. Czasem brak odwagi na zapisywanie ich gdziekolwiek. Czasem nawet wewnętrzny paraliż braku umiejętności określenia, jak dobrze potrafi być ze świadomością, że dwa serca biją do siebie w jednym rytmie. W rytmie słów Kocham Cię. 





24 maj 2015

MAJ


Po szybkim niespodziewanym zatonięciu w topniejącym styczniowym śniegu. Doczekaliśmy się pierwszych dni wiosny.W swojej całej urodziwej,zielonej naturze pojawiamy od czasu do czasu tylko ja i ty. Z pełną świadomością oddałem wszystkie swoje myśli, oddechy, westchnięcia i spojrzenia. Poczłem zachwyt nad wszystkim. Lecz jak nigdy wraz z tym znikąd we mnie urodziła się nieumiejętność sklecania zdań i przelewanie ich na papier.Banalność przeciętnych chwil, zjawisk i obrazów, nagle zaczęła bywać czymś niemożliwie niesamowitym. Dźwięk kwitnącej wiosny i rozgłos budzącego się świata, każdego najwcześniejszego poranku. Umierającej nocą półkuli i mknącego pociągu nieopodal domu. Chłodnego powiewu przez uchylone okno i niezupełnie samotne noce w wygniecionej przegrzanej pościli.Niezbyt duże liczydło w rozszalałej głowie i przesuwające się po nim koraliki tęsknoty jeden za drugim, każdego następnego ranka. Wytyczające chwile do następnego momentu, gdy banalność i zwyczajność przestaje mieć najmniejsze znaczenie, a balast dnia codziennego zrzucany jest w momencie zamknięcia za sobą drzwi. Symbolicznie wyjście z bagna, w którym grzęznę po kolana.
Maj niczym rozdygotana emocjonalna parabola. Przemija w biegu pomiędzy skrajnościami całkowitego osłupiającego szczęścia, które nawet najbardziej wyszukane słowa nie potrafiłyby opisać, a zanim wleczące się momenty kompletnego wewnętrznego upodlenia. Chwil zakłopotania, załamania i uczuć, które obezwładniają całe ciało, serce i umysł. Majowy czas pierwszy raz stał się czymś najmniej pewnym w roku. Bez rozkwitł i chwile potem już zaczął przekwitać. Zachłysnąłem się w objęciach i mieniących promieniach słońca, pierwszych majowych dni i nagle obudziłem się dziś. W ciszy, ciemności z świadomością dokonania czegoś o czym zawsze marzyłem. Pokonanie swoich leków i złapanie własnego życia w pewne i stanowcze ryzy. Mimo to odetchnięcie klarowało się zbyt chyba długo.
Krótka chwila przestawiła uporządkowany już zbytnio wyidealizowany świat. Przyzwyczajenie do błogiego ulatującego egzystowania, zetknęło się z najważniejszym i najtrudniejszym czasem jaki pojawił się w bieżącym roku. Po cichu wtargnęła melancholia. Tak dawno zapomniana, w towarzystwie smutku i bezsilności zakuła w najbardziej czuły i nigdy niezregenerowany punkt.
Jednak mimo całej niepewności stanu emocjonalnego, jednego nigdy nie przestanę być pewny. Szczęście, które rozprzestrzeniło się z małego nigdy wcześniej niezamieszkałego organu, umieszczonego z lewej strony, pomiędzy nierzadko wystającymi żebrami, rozrosło się wewnątrz i na zewnątrz każdego centymetra mego ciała. Zakwitło szybko i niespodziewanie niczym leśne konwalie przedzierające się rok w rok przez warstwę ohydnej ściółki. Oplatając wszystko co istnieje w małe niewinne białe dzwoneczki kwiatów.
Na wielką tęsknotę, w momentach powątpiewania w wymarzony spokój nagle pojawia się dusza, która swoim spokojem potrafi ukoić rozniszczonego mnie. Uprowadzając z dala od teraźniejszej frustracji pozwala posmakować spokoju, gdy dwoje oczu spotyka się na swojej drodze i wtedy nawet słowo nie jest koniecznością. A gest potrafi wyrazić więcej niż niejedna wyuczona, marnie sklejona litania, wykrzykiwana przez ograniczone społeczeństwo, której dźwięk unosi się pośród zielonych brzózek.
I pomimo całego nie wierszu przepełnionego melancholią, już jutro rano obudzę się z myślą, że zanurkowanie w najgłębszej z wód była najlepszą decyzją jaką mogłem podjąć ... Przecież nadal razem toniemy.


4 maj 2015

0500


Kilka kroków wzdłuż i kilka następnych wszerz 
nierówne drogi i niepewne kroki 
Pierwsze pełne jasności promienie 
majowego słońca rozświetlały nasze uśmiechnięte twarze
Białe obłoki zlewające się z białymi skałami 
Ciepły blask mienił się na przymrużonych rzęsach 
Tak dokładnie podkreślający wymalowane szczęście w oczach
Przyjemny wiatr muskał nasze karki już lekko opalone 
W oddali piętrzyły się widoki przyrody 
Odbijały się w zabrudzonych okularach przechodni
Kilka niekontrolowanych wybuchów śmiechu 
i kilka chwil niezwykłego zachwytu 
ciszy która nawet na moment nie prowokowała do frustracji 
Wypuszczany dym z ust unosił się wokół 
Wysuszone wargi z których napływały ciepłe słowa 
Portret zdawać by się mogło jednej z najzwyklejszych chwil 
Lecz w całej swej zwyczajności chwile stały się przyczyną 
pojawiającej się znikąd gęsiej skórki. 
Dreszczy na całym ciele szybszego oddechu i nieregularnej pracy serca
Właściwie każda dalsza ilość słów jest już zbędna
czasem nawet słowa nie potrafią opisać wszystkiego z szczegółową dokładnością
która może zarysować się w głowach u każdego z nas 
czasem jednak słowa potrafią zaburzyć to co w swej prostocie jest czymś idealnym 













20 mar 2015

samotny człowiek do czasu ...




Skupiam się na bezsensie i paradoksie dnia. Dnia przypadkowego, dnia marcowego. Słyszę codzienność. Dźwięki przyśpieszonych kroków dudnią o posadzki. Przypatruje się z uwagą. Podniszczone obcasy wyginające się na niewyrównanych chodnikach i nieznośny stukot gubiącego się trybu życia. Detal goni detal. Kolorowe niewytrzymałe jednorazówki obijające się o nogi właścicieli. Godzina szczytu powoli ogarnęła wszystkich doprowadzając wszystko co możliwe do nieprzyzwoitego stanu. Duszność mimo wiosennego chłodu.
Zabiegane miasto, zabiegani ludzie mijający się bez emocjonalnie nawzajem. Przejeżdżające samochody rozdmuchują z impetem cały uliczny syf. Monotonia napotykana wszędzie, na każdym nawet najmniejszym kroku. Wpisana stale w cykl dnia, każdej osoby, która mam nieprzyjemność mijać. Nikt zapewne nie zauważył, że wiosna już przyszła. Nikt nie napawa się pierwszymi ciepłymi kosmykami słońca. Wszyscy nadal zmarznięci, nadal otuleni ciepłymi wełnianymi szalami. Każdy z nich paradoksalnie odizolowany od codzienności świata, która zdaje się tylko mnie jeszcze zachwycać.
Początek wiosny do innych stał się niepodobny. Nie trwałem w bezdechu wyczekując momentu w którym od zaraz, wszystko miało zacząć zmieniać się na lepsze. Nie potrzebna już wyimaginowana granica pomiędzy nieszczęśliwą połową roku, a tą która zawsze przynosi coś dobrego. Pierwszy raz odmówiłem sobie skatowania ,, Viva la Vida,, która przecież zawsze była częścią mojej wiosny. Gruby mur chandry nie runął wraz z pierwszym blaskiem ciepłego promienia słońca. Świeżość nowość i odrodzenie pojawiło się znacznie wcześniej. Serce odżyło a może nawet urodziło się na nowo już jakiś czas temu. Od tamtego czasu wszystko uległo zmianie. Już nie pamiętam jak smakuje jesień. Tkwię w wirze endorfin. Przeplatam się pomiędzy drapiącymi myśli wspomnieniami a jawą, która i tak sprowadza mnie myślami w miejsca, w których chciałbym być już na zawsze.
I znowu trafiam do chwil, w których nie znoszę przebywać a mimo to natrafiam na nie każdego dnia. Przymus, który wkradł się w plan mojego niezaplanowanego dnia.
Siadam na niezadbanej ławce z dala od wszystkich. Próba wyłączenia się i pozbawienia nadmiernej interpretacji wszelakiej egzystencji. Widać pierwsze pączki na drzewach. Na ziemi jeszcze kilka przegniłych liści i trawa w zaspanych kolorach. Przemęczony świat budzi się do życia. Siedzę i wyczekuję sam do końca nie wiem czego. Wiem już, że i tak nie dostanę tego czego potrzebuje.
Wdycham świeżość, wypełniam się nią cały. Trafia w mój krwiobieg rozprzestrzenia się w każdym milimetrze ciała. Czuję, że żyję. Czuję, że znikam, że nikogo już obok niema.
Wokół tylko te przepełnione kwiaciarnie, zastawione neonowymi, nieznośnymi dla oczu, barwami wszelakich kwiatów. Przyroda w doniczce idealnie dopasowana do świata, który zapomniał już, że wiosna jest tuż obok niego, nie tylko w kwiaciarni za rogiem, przez cały rok...
Łatwość kupowania stanów jest czymś zbyt powszechnym, czymś zbyt banalnym i łatwym. Koszt zapachowej świeczki, która w grudniu tworzy nasza świąteczną atmosferę, czy koszt za przejrzałe kwiaty, które mają uczynić w nas wiosnę jest zupełnie niczym, niczym trudnym, niczym wymagającym. Przecież możemy mieć wszystko, nie mając tak na prawdę nic.
Siedzę dalej nadal wytrwale czekam i teraz już myślę o tym jak dużo posiadam. Jak paradoksalnie mało mam, mając już wszystko o czym zawsze marzyłem.








1 mar 2015

0103


Słowa pisane nocą bez wstydu opuszczają przemęczoną głowę. Przenikają w formę plastikowych klawiszy, zagłuszając ledwo drżący dźwięk skrzypiec z głośników. 
Dudniące z pustego łóżka echo, które pamięta jeszcze zbyt dobrze ostatni sen. 
... Spadałem znowu spadałem. Skrępowany pozbawiony zmysłów niesiony przez ciemność. Bez końca w przytłoczeniu szybko a jednak niewyobrażalnie długo. Przyodziany w lęk, wszystkie nieprzyjemności i gorzkość mknąłem aż do nędznego przebudzenia. Nieustające nieprzyzwyczajenie do przedwczesnych poranków w środku nocy. I jedyna nadzieja opierająca się na zapełnionym po brzegi ulubionym kubku, banalnej świeżo zmielonej kawy...

Cisza przerwała frustracje. 

Rozprzestrzeniający się stęskniony zapach. Bodźce uderzające bez uprzedzenia. Szybki łyk herbaty i niezakodowane spojrzenie na godzinę. 

Duszność. 
Skrajność. 
Ciemność.

Wspomnienia zapierające dech w piersiach.
Pojawiająca się znikąd niezliczona ilość dreszczy. Szczegółowe powracanie do momentów z przed chwili. Niczym chaotyczne otwieranie tyle co przeczytanej książki. Niedowierzanie? Rozdygotane serce i przyśpieszony puls. Starania przed przedwczesnym rozpadnięciem się w środku tygodnia.

Bezdech.
Zmęczenie.
Osłupienie.

Pełne wyczekiwań wyjazdy. Długie drogi zapamiętane na pamięć. Mijane szyldy i znaki wciąż te same. Niezmienne. 
Bilbordy, reklamy i drobiazgi. Zabiegani ludzie i mijane rozpędzone donikąd samochody. Noce i nierzadko poranki. Brzaski słońca i coraz późniejsze zachody nad horyzontem wysokich dachów. 
Odjazdy i niechciane przymusowe powroty. 
Czasem napotykane latarnie zdają się coś mówić. Rażąc swym blaskiem skupiają cała uwagę. Prowokując do nieprzyzwoitego myślenia. Zwalniają i odrywają wszystko czego jeszcze dotychczas nie poznaliśmy.

Niepewność.
Tęsknota.
Spełnienie. 

Przedostający się zapach spalin. Zaparowane okna. Jazgoczący ludzi wokoło. 
Trwające podniecenie i nagła styczność z powrotem. Zderzenie i niepokojąca myśl o jutrzejszej rutynie. 
,, Jedyną i najgorszą częścią każdego lotu jest fakt, że w końcu trzeba wylądować na tym pieprzonym świecie. ,, 
Tak więc jedynym pretekstem do przetrwania w całodniowych momentach samotnej pustki, jest zaplanowanie kolejnego długiego lotu. Odrywającego choć na chwilę. By móc pozostawić za sobą wszystko, by skosztować raz jeszcze smaku szczęścia.  



5 lut 2015

52



Przeminęła. Zostawiła nas z rozgrzebanymi wnętrznościami. Jak zawsze bezwzględnie bezlitosna myślała, że naprawi wszystko co złe w czasie tych kilku momentów, gdy umierające liście opadały na naszą codzienną drogę. Kilka tych słonecznych kolorów miało zapełnić pustkę po niestrawnym lecie. Rutynowo poranki robiły się coraz zimniejsze, my zakładaliśmy na siebie coraz więcej, tracąc przy tym każdego dnia ostatnie blaski letniego słońca. Autobus czasem nie przyjeżdżał na czas a świadomość codziennych obowiązków paraliżowała wszech nieobecny już spokój. Odkąd nadinterpretacja świata pojawiła się w moim życiu wraz z zagadką swojej osoby i swojego miejsca w tym całym bałaganie zrozumiałem, że największą nienawiść mogę żywić właśnie do jesieni. Za wszystko to co systematycznie powtarza się co roku, za każdy nałóg, za każde wyczerpanie myśli, pozbawienie nadziei i siły, za uporczywe spojrzenia, za długotrwałe wymuszone początki, za naciąganą mobilizacje i za sztuczność którą dostajemy w prezencie. Za wszystko tylko tylko nie za podjęte decyzje...
Długość wieczorów zmusza do masochistycznego gwałcenia swoich myśli. Snucia przyszłości, rozkopywania przeszłości. Noce jak starzy pisarze piszą niesamowite scenariusze. Scenariusze, które o poranku zawsze nie mają już najmniejszego sensu. Czasem jednak ten niesforny głos, który chcąc nie chcąc towarzyszy nam przez całe życie, dyktuje słowa, które podobnie jak te wybazgrane w głowie scenariusze po jakimś czasie nie mają już najmniejszego sensu.
Dokonujemy poważnych decyzji, nic bowiem nie dzieje się w życiu bez przyczyny, bez powodów i przyszłych skutków, tym bardziej jesienią, gdy nasze serce tak bardzo wygrywa w walce z niepojętym rozumem. Ogrom uczuć mimo, że ukrywany wypełnia każdego z nas tak samo. Artyści dostają nadprzyrodzonej weny, a przeciętność ulatuje gdzieś w niepamięć wraz z wiatrem, który zawsze mnie paraliżuje nocą.Od jesieni w życiu dużo się zmienia. Rozpoczyna się kolejny etap, czujesz że zaczynasz od nowa. Tworzysz sobie nowy wyidealizowany plan na najbliższe miesiące, by kolejny raz łudzić się, że zdołasz nie zwariować. Potem przychodzi zima i powinniśmy zamarzać jak co roku. Obumierać wraz z naturą i czekać na wiosenne zmartwychwstanie. Tym razem jednak było zupełnie inaczej...
Ktoś, kto pojawił się przypadkiem w moim życiu, zostawała coraz częściej coraz dłużej aż nagle przerwał schemat mojego powolnego egzystowania w beznadziei. Wszystko obróciło się do góry nogami. Skleiło resztki tak dawno zapomniane. Zdawać by się mogło, że wydostałem się z tej nieznanej wszystkim ciemnej strony księżyca, zdaje się, że niekończąca droga w dół miała boczne ujście. Zdaje się, że nadszedł czas na to by zaczerpnąć szczęścia, by poczuć jak to jest budzić się w pełni sił, mimo że sen nie trwał zbyt długo, mimo że sny nie rozpieszczały naszych nocy. Dawkowanie szczęścia za każdym razem, gdy mogę poczuć to ciepłe spojrzenie, by potem znowu uciec do siebie, zakopać się w tonie codziennych nieważnych już spraw i wyczekiwać momentu następnego spotkania. Toczące się dalej życie już nie jest tak samo bezwartościowe jak jeszcze kilka dni wcześniej. Zima nie wydaje się już taka chłodna jak zawsze. Tylko czas zdaje się nieprzerwanie wariować. Czasem zbyt krótkie niesamotne momenty, którymi nigdy nie zdołam się nacieszyć a czasem długie niekończące się noce z rozpaczliwym pragnieniem tego jedynego towarzystwa bez względu na wszelkie pojawiające się obawy.
Nagle któregoś poranka, który nie zapowiedział się wcześniej niczym specjalnym ... Staje się. Bez wcześniejszego przygotowania, bez sugerowanej reakcji. Budzisz się i zdajesz sobie sprawę, że nie ma już nic ważniejszego, że już nic nie skupia tak bacznej uwagi poza tą jedyną osobą.Wiesz, że runąłeś każdą swoją najmniejszą częścią runąłeś przyznając się przed samym sobą dając zatopić się i bezgranicznie pochłonąć uczuciom. Nie wyobrażając sobie jak wyglądało, życie latem gdy duchota nie pozwalała zasnąć. Nawet jesień wydaje się być za mgłą. Nie pamiętam już za wiele szczegółów wiem, że zdążyłem je zapisać w tych kilku smutnych słowach, ale myślę, że nie warto już do nich zaglądać.Zostawmy w spokoju przeszłość, która zbyt często miesza się w naszej teraźniejszości. Odetnijmy się od tego co było kiedyś, gdy nie zawsze wszystko było zrozumiałe i i tak lekkie jak teraz. Tkwimy w środku zimy, która zawsze powodowała zaczerwienienia na naszych twarzach, która zawsze bezlitośnie odmrażała nasze dłonie. Doprowadzała do szaleństwa i do gryzącej tęsknoty za słońcem za wiosną za beztroskim majem. Teraz pierwszy raz mógłbym pozostać nawet w niekończącej się zimie mógłbym przeklinać obecność chłodu i nie zgadzać się z krótkim dniem to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia. Teraz pora roku, temperatura godziny wschodu i zachodu słońca, i niekończące się przewidywania wszystkich wyszukanych niezbędnych wręcz specjalistów nie wnoszą już nic do mojego dnia codziennego. Teraz liczy się już tylko jedno … 








4 sty 2015

NEW










Wraz z początkiem roku wszystko nagle zaczęło się zmieniać. Pojawiła się chęć. Zagościło kilka nowych uczuć. Zaistniał nawet uśmiech. A w głowie jak by ktoś powyciągał cały zbędny balast zeszłego roku. Tegoroczna Wigilia postawiła przede mną szansę, wzbudziła nadzieję na cały rok. Nie wierzę we wszystko, łatwiej wręcz było by wymienić w co wierzę, ale tej wigilii uwierzyłem w coś chyba nie bez powodu . . . 
Niebawem znowu minie zima i znowu wszystko zacznie się wydawać jeszcze piękniejsze. Pochowamy szale i czapki a wraz z tym ten cały nieprzyjemny nastrój, który odbija się cały czas wokół nas. 

Mam nadzieję, że w tym roku mój aparat nie będzie miał czasu na odpoczynek. Pierwsze zdjęcia w 2015 roku enjoy! 


FOX x MAT